Polacy często patrzą na Rosjan z wyższością. Myślimy o sobie coś w rodzaju: my ludzie zachodu (trochę gorszego, ale zawsze), a oni, wiadomo, wschodni, mongolscy barbarzyńcy. Z dużą satysfakcją mniemamy, że jesteśmy ludźmi o wyższej kulturze i moralności.

Tymczasem nasze schematy myślenia, nie rozstrzygajmy na ile słuszne czy nie, w realnej rzeczywistości tracą na znaczeniu. W relacjach polsko-rosyjskich od ponad 400 lat, czyli od rozejmu w Dywilnie, to Warszawa jest stroną, która się cofa, ponosząc kolejne porażki. W tym czasie przeszliśmy od okolic Smoleńska do linii Curzona, przegrywając rywalizację o dziedzictwo Jagiellonów z Moskalami.

Nawet wojna polsko-bolszewicka, rozstrzygnięta zwycięską dla nas bitwą warszawską, nie skutkowała zachwianiem tego trendu. Granice II RP, zaakceptowane przez naszą delegację w Rydze, przesuwały państwowość polską na zachód o kilkaset kilometrów w stosunku do sytuacji z roku 1772 i tego co oferowali nam sami bolszewicy.

Współczesna Rosja jest państwem od nas silniejszym. Obcy ambasadorowie nie mogą sobie pozwolić w Moskwie na tyle, co w Warszawie. To my boimy się rosyjskiej napaści, a nie oni naszej. To my mamy zakodowany w głowie schemat myślenia: wejdą – nie wejdą, a nie oni. Nie przeszkadza to jednak naszemu rządowi i zależnym od niego mediom czynić z Rosjan chłopców do bicia w swojej propagandzie. Wszystkiemu i zawsze winni są oni i już. Kto nie wierzy, temu śmierdzą onuce.

Jedna z kalek myślowych, za pomocą których przedstawiamy sobie Rosję, mówi, iż w Moskwie władza nigdy nie liczy się z życiem obywateli, bo ma ich zawsze pod dostatkiem. Teza ta trochę się zdezaktualizowała. Obecna Rosja ma ogromne problemy demograficzne. Rozpad ZSRS zredukował ogólną liczbę ludności tego państwa. Do tego społeczeństwo rosyjskie w przerażającym dla tamtejszych decydentów tempie starzeje się. Trwała tendencja demograficzna znamionuje zwijanie się, a nie rozwijanie państwowości rosyjskiej. Władza musi się więc troszczyć o rekruta o wiele bardziej niż za czasów carskich czy bolszewickich.

Dlatego też nie może sobie pozwolić na przeprowadzenie referendum nt. wyzerowania kadencji prezydenta Putina w czasie epidemii koronawirusa. Co innego Polska. My przecież mamy szersze zdolności mobilizacyjne. Tzw. Terytorialsom, skierowanym obecnie do służby na granicach i zaopatrywania starszych i przebywających w kwarantannie w żywność, żaden Specnaz nie jest straszny. U nas wybory prezydenckie mogą się odbyć. Tak uważa sam pozakonstytucyjny naczelnik z Żoliborza. Więc nic nam nie grozi.

A tak poważnie… Nie po to tyle pracy obóz rządzący, tyle trudu i wylanych nad budżetem łez, poświęcił programom socjalnym, które miały zbudować poparcie dla reelekcji pierwszego notariusza RP w maju, by to wszystko się zmarnowało. O nie. Przedsiębiorcy, źli, bezduszni prywaciarze, mogą pracować nadaremno. Ale urzędnicy i sztaby wyborcze nie. Ich praca nigdy nie może pójść na marne. Zbyt wiele traciłyby na tym społeczeństwa.

Wobec takiej postawy obozu rządzącego rysują się dwa możliwe do zaistnienia scenariusze. Pierwszym byłyby wybory za wszelką cenę. Wprowadzono wiele restrykcji, ale wiadomo wybory – święto demokracji – znoszą wszystkie. Nasz kandydat musi wygrać. W maju jego szanse będą większe. Potem gospodarka się wywróci i strach pomyśleć, co będzie, jak bardzo sondaże polecą. Życie i zdrowie obywateli są ważne, ale stabilność państwa, tj. stabilność Dobrej Zmiany w państwie, jest najważniejsza.

Możemy sobie na tę okoliczność wyobrazić wiele ciekawych sposobów przeprowadzenia elekcji prezydenckiej. Od cudownego wynegocjowania z Wróżką Chrzestną z Zasiedmiogórogrodu jednodniowego zawieszenie epidemii, przez kolędowanie członków komisji wyborczych z urnami od drzwi do drzwi, aż do zwykłego wpuszczania wyborców do lokali dwójkami, aby nie naruszali wprowadzonych restrykcji.

Większym problemem byłoby znalezienie chętnych do pracy w komisjach wyborczych. Jeśli epidemia będzie się rozszerzać, to ich liczba nie będzie wielka. Zostanie wyznaczenie urzędników i członków partii na ochotnika. W końcu najważniejsze jest to, kto liczy głosy, a nie kto głosuje.

Realniejszy wydaje się scenariusz lawirancki. PiS kluczy i wyczekuje. Kurczowo trzyma się nadziei, że wprowadziwszy ostre środki walki z epidemią, opanuje sytuację, by 10 maja przeprowadzić wybory bez większego ryzyka dla zdrowia i życia obywateli. Jeśli nie będzie to możliwe, zdecydują się na przesunięcie elekcji.

Załóżmy, że rząd opanuje epidemię i przeprowadzi wybory. Nie wydaje się to obecnie zbyt pewne, ale załóżmy. Co wtedy? Mielibyśmy do czynienia z sytuacją, gdzie nie byłoby żadnej kampanii wyborczej. Całe społeczeństwo funkcjonowałoby, jak już funkcjonuje, wokół koronawirusa. Ilu ludzi interesuje się dziś kampanią wyborczą przeniesioną do internetu? Zwłaszcza w kontekście obłożenia dzieci niewydolnym nauczaniem zdalnym.

Prezydent miałby ogromną przewagę nad kontrkandydatami. Jako jedyny byłby szeroko eksponowany. Inni uczestnicy rywalizacji mogliby pomarzyć o podobnym zainteresowaniu ze strony mediów. Telewizje zorganizowałyby pewnie jakieś debaty. Ale prezydent najpewniej odmówiłby stawienia się, zasłaniając się ważnymi obowiązkami w rodzaju konieczności osobistego dozorowania linii produkcyjnej orlenowskich płynów dezynfekujących. Szanse głowy państwa na reelekcję w pierwszej turze byłyby wysokie jak nigdy. I o to przecież chodzi.

Gdyby jednak wybory musiano przełożyć, szanse Andrzeja Dudy zmalałyby. Klęska tarczy antykryzysowej i szersza refleksja społeczeństwa nad postępowaniem obozu rządzącego w dobie kryzysu mogą skutkować jego klęską w wyborach prezydenckich lub nawet brakiem drugiej tury. Wobec tego nie tak nierealna byłaby erozja Dobrej Zmiany. Jej rozpad zmieniłby oblicze nadwiślańskiej sceny politycznej. Rząd to wie. Dlatego też stara się zdobyć, co tylko może, aby jak najdłużej karmić swoje zaplecze państwowymi pieniędzmi.