Epidemia, kwarantanna, kryzys – te słowa dobiegają nas z radia, telewizji i internetu. Wdzierają się do umysłów i opanowują myśli. W końcu mamy stan nadzwyczajny bez konstytucyjnego zadekretowania stanu nadzwyczajnego. O tym, czym był FON, prawie nikt nie pamięta, więc i nie mówi, a paralela historyczna sama się nasuwa…

Fundusz Obrony Narodowej został powołany w 1936 roku. Sanacyjna władza, zdając sobie sprawę z podnoszenia się politycznej temperatury w Europie, chciała dozbroić Wojsko Polskie. Nasi najgroźniejsi sąsiedzi, Niemcy i ZSRS, przeznaczali wówczas na zbrojenia środki o wiele większe niż RP. Jednym z filarów FON było coś, co moglibyśmy śmiało nazwać wielką ściepą narodową na wojsko. Bowiem rząd chciał w części oprzeć uzbrojenie armii na dobrowolnych wpłatach obywateli.

Podjęto szeroką akcję propagandową w celu skłonienia społeczeństwa do „rzucenia grosza żołnierzowi polskiemu”. Odzew społeczny był ogromny. Prasa rządowa ogrywała wówczas temat w duchu propagandy zwycięstwa spod znaku hasła „silni, zwarci i gotowi”. Wskazywała narodowi, że jeśli wykaże się na polu niezachwianego patriotyzmu, zgromadziwszy się przy tym pod komendą marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, to musi wygrać każdą wojnę.

Wiemy, jak się to wszystko skończyło. Były prawe chęci, piękne i okrągłe słowa. Zebrano też sporo grosza i kupiono trochę broni. Naród wykazał się ufnością i ofiarnością, a władza okazała się ponad wszelką miarę niedorosła do stojących przed nią zadań.

Przedwojenna Polska była jednym z najbardziej zbiurokratyzowanych państw ówczesnej Europy. Odpowiadało temu opodatkowanie. Stosunek urzędnika do obywatela był często lekceważący lub pogardliwy. Przydawano temu patriotyczny frazes. Coś w stylu: Polaku ciesz się, że twój urzędnik mówi do ciebie po polsku. A jak i o czym mówi, zbywano błogim milczeniem. Odwołanie się przez sanację do ofiarności społecznej w kwestii dozbrojenia armii było żałosną demonstracją nieudolności i nieporadności państwa.

Sanacyjne elity, dysponujące pełnią władzy, miały czas i środki, by zawczasu lepiej zabezpieczyć interesy obywateli wobec zbliżającej się wielkimi krokami wojennej zawieruchy. Nie musiały się uciekać do projektu w rodzaju ściepy narodowej. II RP była państwem słabo uprzemysłowionym i biednym. W żaden sposób nie mogła dorównać zbrojeniom wojennym Niemiec czy ZSRS.

Nie mogliśmy mieć tylu czołgów i samolotów co Wermacht czy Armia Czerwona, ale od czego była polityka zagraniczna… Wiele rzeczy mogło wyglądać inaczej. Niestety II RP zmarnowała dobrowolny wkład swoich obywateli w dozbrojenie armii, składając go na ołtarzu ofiarności sojuszniczej.

Po co rozdrażniać stare rany w czasie kryzysu? Analogia nie jest najściślejsza, ale trafnie obrazuje pewien stan rzeczy. Często sami o sobie mniemamy czy mówimy, że jesteśmy narodem skłonnym do swarów i swawoli. Wiadomo, gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania. Ale w czasie kryzysu potrafimy wykazać się nieoczekiwanym bohaterstwem, iście ułańską fantazją.

Przy okazji epidemii koronawirusa wiele słyszy się o ofiarności społeczeństwa. Przekazywaniu szpitalom maseczek, płynów dezynfekujących, jedzenia, wody i innych potrzebnych rzeczy. Tryb prezentowania takich wydarzeń przez rządową telewizję stoi pod znakiem wzmiankowanej sanacyjnej propagandy. Na razie w miarę delikatnie. Gdyby jednak sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, to kto wie, jakie hasła mogłyby dotrzeć do nas ze studia na Woronicza. Prezesa Jacka Kurskiego podano do dymisji, ale duch trwa nadal. Wyśrubowane normy obiektywizmu i nakręcone kukułki zostały. Dwa miliardy idą tam, gdzie miały pójść. A pracownicy mediów narodowych mają w pamięci błyskotliwą karierę parlamentarną poseł Lichockiej. Wszak robotnik godzien jest zapłaty.

Niedawno natrafiłem na informację o człowieku z Zielonej Góry, który przekazał szpitalowi przyłbice ochronne wyprodukowane przy pomocy drukarki 3D. Nie poprzestaje na tym i zamierza obdarować tym sprzętem cały region. Na końcu pojawiła się reakcja pracowników szpitala, którzy stwierdzili, że dostali „więcej sprzętu tego typu niż do tej pory mogli pomarzyć”. Ta sytuacja jest straszliwie zawstydzająca dla naszego państwa.

Ludzie robiący podobne rzeczy, to prawdziwi bohaterowie czasu zagrożenia. Zasługują na wielki szacunek. Ale gdzie jest nasze państwo? Nie jestem zwolennikiem państwowej służby zdrowia, ale jeśli się w to bawimy, to róbmy to na poważnie, a nie na niby. Litości! Słuchanie o lekarzach i innych pracownikach służby zdrowia, którzy zachęcają lub proszą o pomoc dla szpitali nie napawa optymizmem w dobie epidemii. Tego typu zdarzenia obnażają słabości i niedomagania systemu.

Rząd jest od tego, by dobrze rządzić. Ale powinien też rozmyślać. Przygotowywać analizy i plany na wypadek sytuacji nadzwyczajnych. W sejfach BBN i innych agend państwa powinny być plany na wypadek nie tylko wojny z Rosją, ale też innych kryzysów, np. epidemii. Trzeba zawczasu planować, by w czasie próby wiedzieć co i kiedy robić. Mieć przewidziane jak i gdzie zgromadzić rezerwy, itd.

Tymczasem u nas partie żyją od wyborów do wyborów. Dumają tylko nad tym, jak przebimbać do następnej kadencji, aby spokojnie żyć z łupienia podatnika. I tak w kółko, bez końca. Żadnych szerszych planów czy horyzontów.

Swoją drogą wczoraj w kilku miejscach w kraju odbyły się wybory samorządowe. W czasie epidemii! Rząd zachęcał do siedzenia w domu, a kilka gmin spokojnie mogło głosować. Tymczasem wybory prezydenckie przed nami. Kampania trwale uniemożliwiona. Jednak rząd nie chce słyszeć o ich przełożeniu. Wszystko tylko dlatego, by prezydent doczłapał do drugiej kadencji. A co będzie, jeśli za dwa tygodnie okaże się, iż wczorajsze wybory były rozsadnikami epidemii? Kto będzie za to odpowiadał?

Mam nadzieję, że obecna sytuacja nie dojdzie do punktu, w którym premier czy minister zdrowia będzie łamanym głosem prosił obywateli o zanoszenie do szpitali tego i owego. Oznaczałoby to zupełną katastrofę.