Temat państwowego systemu zdrowotnego w Polsce powraca jak mantra – wszyscy dostrzegamy, że „działa” tragicznie. Coraz częściej powtarzamy, że należy go zreformować lub całkowicie zmienić. Za rozsądne rozwiązanie podajemy całkowitą prywatyzację rynku zdrowotnego, lecz wizja likwidacji opieki państwowej, mimo całkowitej jej niewydolności, u wielu wzbudza strach i maluje obraz umierających ludzi na ulicy. To też skutecznie zniechęca polityków do podjęcia jakichkolwiek decyzji. Do problemu zatem podchodzi się wyłącznie emocjonalnie, a tam, gdzie pojawiają się emocje, tam też znika racjonalność.

Nie jest tajemnicą, że wypłacane środki z ubezpieczenia zdrowotnego nie wystarczają na pokrycie potrzeb wszystkich pacjentów. Choć NFZ ma obowiązek zadbać o każdego obywatela, któremu państwowa opieka zdrowotna przysługuje, „sprawą dyskusyjną” jest, czy w istocie wypełnia tę powinność. Utrzymanie budynków i urzędników w oczywisty sposób generuje wysokie koszty, a co za tym idzie, wpływa na jakość warunków leczenia i ich zakresu możliwości. Nie każdy Polak dostrzega tę zależność.

Według badań CBOS-u z kwietnia 2017 roku negatywnie NFZ postrzega aż 67% ogółu badanych[1]. Przyczynami tak krytycznej oceny są długie kolejki w państwowych szpitalach (obecnie wydłużające się średnio do 3 miesięcy!), poważne braki w personelu i sprzęcie, przemęczenie lekarzy i pielęgniarek (niekiedy kończące się śmiercią z wycieńczenia), brak odpowiedzialności za pacjentów (jedzenie gorszej jakości niż w więzieniach!), a także refundowanie wyłącznie tanich, uniwersalnych leków dla wybranych. Chorujący na poważne i rzadkie choroby, nie mogą właściwie w ogóle liczyć na pomoc państwa.

Nie bez powodu skrót NFZ prześmiewczo rozwijamy na: „Nie Fundujemy Zdrowia”, „Narodowy Fundusz Złodziei” i podsumowujemy całokształt stwierdzeniem, że „na początku był chaos, a potem ktoś nazwał go NFZ”.[2]

Biorąc pod uwagę, że polskie społeczeństwo się starzeje (w latach 1989-2014 liczba osób w starszym wieku wzrosła o ponad 2,9 mln, w tym największy wzrost – o 1 mln – odnotowano dla grupy 60-64 latków[3]), środki na leczenie zmaleją i najprawdopodobniej wskaźnik niezadowolenia wzrośnie . Dwie największe partie w Sejmie, mające wiele lat, by uporać się z problemem służby zdrowia, nie zrobiły praktycznie nic w tym zakresie. Nie chcąc jednak ponosić odpowiedzialności na tym polu, organizują kolejne skoki na pieniądze podatników, by utrzymać biurokratycznego molocha. Zdają się nie zauważać, że niewydolność państwowego systemu zdrowia zmusza wielu Polaków do szukania alternatywnych sposobów walki o zdrowie i życie.

Badania CBOS-u pokazują, że w 2016 roku „najwięcej osób leczyło się w sposób »mieszany«, czyli korzystało zarówno ze świadczeń dostępnych w ramach NFZ, jak i opłaconych prywatnie (40%). Nieco mniej liczną grupę stanowiły osoby, które korzystały wyłącznie z usług publicznej służby zdrowia (37%). Zaledwie 7% badanych leczyło się wyłącznie »prywatnie« – płacąc za potrzebne im porady i usługi medyczne z własnej kieszeni lub z dodatkowego, dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego.”[4] Dane wskazują, że decydujemy się na usługi prywatne głównie ze względu na szybsze terminy wizyt (aż 70%!), lepszych, kompetentnych specjalistów, większe zaangażowanie w wykonywaną pracę, sprawniejszą obsługę, dogodniejsze godziny przyjmowania pacjentów, lepszą lokalizację lecznic czy bardziej życzliwy personel[5]. Dowodzi to, że nawet częściowe urynkowienie służby zdrowia w Polsce wpływa pozytywnie na jakość usług i zwiększa zadowolenie pacjentów.

Niestety w konsekwencji, ci korzystający z prywatnych służby zdrowia, płacą podwójnie: za prywatnie wykonane zabiegi i na utrzymanie państwowego molocha. Nie każdego jednak stać na ten „luksus”. Dlatego też zwiększa się liczba osób korzystających z pomocy instytucji charytatywnych, wolontariatów czy indywidualnie organizowanych zbiórek pieniężnych.

Tylko w ostatnim czasie, niewiarygodnie błyskawiczną pomocą wykazali się Polacy podczas zbiórki pieniędzy dla 6-letniej Julii, walczącej z pniem mózgu. W ciągu jednej doby zebrano ponad 1 mln zł (107,5% docelowej kwoty) przy wsparciu 33,5 tys. osób i niemal 27 tys. udostępnień[6]. Jakub chorujący na ostrą białaczkę limfoblastyczną w ponad 20 dni otrzymał pomoc od ponad 25 tys. osób w wysokości niemal 500 tys. zł[7]. W ratowanie życia himalaistów Tomasza Mackiewicza i Elisabeth Revol zaangażowało się ponad 12 tys. osób, wpłacając 140% docelowej kwoty: ponad 700 tys. złotych, przy prawie 42 tys. udostępnień informacji o zbiórce[8]. Skala pomocy jest ogromna.

Równie energicznie Polacy angażują się w wolontariat, czyli pracę społeczną, podejmowaną dobrowolnie, bez wynagrodzenia i mającą przynieść korzyści osobom spoza rodziny wolontariusza. Według raportu GUS-u, na cztery tygodnie przed jego opublikowaniem, co czwarta osoba powyżej 15 roku życia poświęciła swój wolny czas, wspomagając lub dbając o potrzebujących (ale także społeczności, środowisko naturalne czy konkretną miejscowość). Przeliczając na liczby mieszkańców, w wolontariat zaangażowało się wówczas 10 milionów Polaków!

Warte odnotowania jest to, że wartość pieniężna wolontariatu indywidualnego w 2015 roku wyniosła 21,5 mld zł, a wolontariatu w organizacjach 6,1 mld zł, w tym z najniższą kwotą 0,8 mld zł uplasował się sektor publiczny[9].

Mimo dużego obciążenia podatkowego i skomplikowanego prawa, utrudniającego swobodne funkcjonowanie w społeczeństwie, jesteśmy w stanie jednocześnie korzystać z usług prywatnych, angażować się w dobrowolne zbiórki pieniężne i poświęcać swój czas na wolontariat. Pokazuje to, że znacznie częściej korzystalibyśmy z prywatnej służby zdrowia i chętniej angażowalibyśmy się w dobrowolną pomoc dla innych, gdyby w naszych kieszeniach zostawało więcej.

Ludwig von Mises stwierdził, że „nasze decyzje posiadają wartość moralną tylko wtedy, gdy sami jesteśmy odpowiedzialni za nasze własne sprawy i gdy mamy swobodę poświęcenia ich na rzecz tego, co uważamy za słuszne. Nie mamy prawa ani do bezinteresowności czyimś kosztem, ani też nasza bezinteresowność nie jest żadną naszą zasługą, jeżeli nie mamy innego wyboru. Ci członkowie społeczeństwa, którzy pod każdym względem zmuszeni są do dokonywania dobrych uczynków, nie mają żadnego tytułu do chwały.” Innymi słowy, to twierdzenie, że obowiązkiem moralnym jest odprowadzanie środków na państwową służbę zdrowia, jest niemoralne. Jest w istocie zrzucaniem odpowiedzialności z ludzi za życie własne i innych, a pozbawianie możliwości zadbania o własne zdrowie i życie, jest wyłącznie aktem przemocy i niesprawiedliwości.

Brak świadczeń społecznych nie spowodowałoby zapełnienia się ulic trupami. To nie prywatne instytucje, lecz państwowe przybliżają nas do tej drastycznej wizji. Innymi słowy, potrzebujemy efektywnego wdrożenia prywatnej służby zdrowia. Do tego jednak potrzebne są zmiany w myśleniu obywateli oraz prywatyzacja państwowego sektora. Ile pieniędzy mielibyśmy na prywatnym koncie ubezpieczeniowym, gdybyśmy z regularnie wpłacanych kwot, korzystali wyłącznie w koniecznych przypadkach i gdyby te środki były dziedziczone?

 

[1] W. Szkwarek, Polacy o instytucjach publicznych – krytykują ZUS, NFZ i BOR, https://www.bankier.pl/wiadomosc/Polacy-o-instytucjach-publicznych-krytykuja-ZUS-NFZ-i-BOR-7511648.html

[2] Narodowy Fundusz Zdrowia, http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Narodowy_Fundusz_Zdrowia

[3] GUS, Ludność w wieku 60. Struktura demograficzna i zdrowie, https://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5468…

[4] CBOS, Korzystanie ze świadczeń i ubezpieczeń zdrowotnych, http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2016/K_112_16.PDF

[5] Tamże.

[6] Pilne! Mamy czas tylko do niedzieli, by uratować życie Julii, https://www.siepomaga.pl/juliapotocka

[7] Kuba przegrywa z rakiem! Lek ostatniej szansy musimy zdobyć do 25 marca, https://www.siepomaga.pl/zycie-kuby

[8] Gdzieś na szczycie góry spotkamy się, https://zrzutka.pl/gdzies-na-szczycie-gory-wszyscy-spotkamy-sie-ae8hc5

[9] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/gospodarka-spoleczna-wolontariat/wolontariat-i-praca-niezarobkowa-na-rzecz-innych/wolontariat-w-2016-r-,1,3.html