Stypendia zarówno w szkołach podstawowych, gimnazjalnych jak i średnich stanowią powszechną formę wsparcia materialnego. Jak podaje Ministerstwo Edukacji Narodowej do końca 2016 r. miało z nich skorzystać blisko 500 tysięcy uczniów. Na co można wydać uzyskane pieniądze i czego dotyczą nowe przepisy stypendialne?

Ci, którzy zetknęli się w jakimś stopniu z tzw. socjalem na etapie szkoły, wiedzą, czego dotyczy fakturowa bolączka przed okresami rozliczeniowymi. Co kilka miesięcy powstaje ten sam problem „co kupić, by zmieścić się w przepisowych widełkach?”. Procedura przyznawania stypendiów nie jest skomplikowana. Są wyznaczone konkretne kategorie uczniów, którzy mogą ubiegać się o wsparcie – osoby o niskim dochodzie rodzinnym lub w trudnej sytuacji rodzinnej. Pierwszy przypadek dotyczy dzieci, w których rodzinach dochód na jednego członka nie przekracza ustalonej kwoty (w tym roku jest to 514 zł netto). Do drugiej kategorii kwalifikują się rodziny, w których występuje bezrobocie, niepełnosprawność, ciężka bądź długotrwała choroba, wielodzietność, brak umiejętności wykonywania funkcji opiekuńczo-wychowawczych, alkoholizm lub narkomania, niepełna rodzina oraz zdarzenie losowe.

Kwoty wypłacane uczniom wahają się od 94,90 zł do 236 zł miesięcznie przez cały rok szkolny – od września do czerwca. Wypłaty (poprzedzone złożeniem faktur za zakupy w ramach stypendium szkolnego) odbywają się trzy razy do roku. Projekt prezentuje się bardzo dobrze do momentu, w którym dowiadujemy się, że nie wszystko możemy nabyć za pieniądze uzyskane z tytułu wsparcia socjalnego. Ministerstwo Edukacji Narodowej udostępniło zalecenia wydatków kwalifikowanych do stypendium szkolnego, które zaczną obowiązywać od 01.01.2017 r. Zawierają one: pokrycie kosztów zajęć edukacyjnych i pomocy rzeczowej o charakterze edukacyjnym. Dosyć szczegółowo jest również wypunktowane, co wchodzi w zakres tychże kosztów. Jest to między innymi udział w dodatkowych zajęciach pozaszkolnych, zakup podręczników, słowników, artykułów szkolnych, plecaka, stroju sportowego, galowego, komputera, biurka lub okularów korekcyjnych.

„Schody” pojawiają się w momencie zagłębienia w treść przepisów. Wynika z nich, że owszem – dziecku przysługuje kupno stroju sportowego, niestety ogranicza się to wyłącznie do jednej pary spodenek na semestr. Czepek czy kąpielówki na basen również są ograniczone wyłącznie do jednej sztuki. Gorzej prezentuje się kwestia stroju galowego, bowiem uczniowi przysługuje jedna rzecz na cały rok szkolny. Kupienie komputera w ramach stypendium jest możliwe, jednak jedno urządzenie przypada wówczas rocznie na całą rodzinę.

W przepisach zawarte są ponadto rzeczy, których pomoc materialna nie uwzględnia – m.in.: odzież i obuwie codziennego użytku, śpiwory, sprzęt rehabilitacyjny, ubezpieczenie, składka rodziców czy wkładki ortopedyczne. Co z tego wynika?

Wynikają z tego co najmniej dwa paradoksy.

1. Uczniowi zostaje przyznane stypendium, lecz nie jest on w stanie wykorzystać otrzymanej kwoty. Załóżmy, że uzyskał 200 zł miesięcznego wsparcia. Z tego wynika, że około połowy grudnia należy złożyć faktury z zakupów na kwotę 800 zł. Oszacujmy zatem wydatki – 100 zł dresy, 50 zł koszula galowa, 250 zł zajęcia plastyczne. Zostaje 400 zł, które można wydać np. na biurko. Z tym, że na całą rodzinę przysługuje tylko jedno biurko na cały rok. Zatem w kolejnych transzach wypłat można liczyć ewentualnie na krzesło i kombinowanie, co kupić, żeby móc wykorzystać całą przyznaną w decyzji komisji stypendialnej kwotę. Problem w tym, że potrzeby są, natomiast stypendium szkolne nie daje pełnej możliwości ich zaspokojenia. Po zakupie przykładowych słowników (bo książka przygodowa nie wchodzi w grę, choć bądźmy szczerzy – kto dziś zagląda do papierowego słownika, jeśli wszystko można znaleźć on-line?) pozostają pieniądze, które rodzinom o niższym poziomie materialnym przydałyby się na nieco inne wydatki.

2. Zakup dresu w wielu sklepach nie spełnia warunków formalnych przepisowego stroju sportowego. Niemożliwe jest kupienie koszulki na w-f lub spodni dresowych w zwykłej sieciówce typu H&M, House czy Reserved, jaka kwalifikowałaby się jako strój sportowy. Problem polega na tym, że na fakturze, którą należy złożyć w placówce wydającej stypendium, musi pojawić się zapis, że rzecz, którą się nabywa jest „sportowa”, zaś w/w sklepy nie mają w bazie pozycji z takim dopiskiem. Po kupnie dresu takiej marki otrzymujemy wydruk kupna „spodni”, co zgodnie z obowiązującymi przepisami nie jest wystarczające. Spodnie dresowe nawet jeśli są dresowe, lecz na fakturze są tylko spodniami, nie są dresami. Właśnie dlatego najkorzystniej jest nabywać odzież w prywatnych sklepikach lub na straganach, gdzie sprzedawcy ręcznie wypisują faktury i w związku z tym mogą na nich umieścić, co uważają za stosowne.

Dziecku należą się dwie pary butów rocznie – oczywiście tylko sportowe. Na szkolną wycieczkę może pojechać, ale niestety śpiwora już kupić nie może. Chciałoby się rzecz, że „ustawodawca” płakał, jak tworzył.

Wychodząc naprzeciw rodzinom biednym, wielodzietnym, z osobami ciężko chorymi czy bezrobotnymi, należy uwzględnić ich rzeczywiste potrzeby. Czy tak daleko idąca kontrola, która polega na wyliczeniu co, ile i w jakim terminie można kupić, jest naprawdę konieczna? MEN broni się tym, że niewymienione w zaleceniach elementy (czyli np. kurtka zimowa, sandały) leżą w kompetencjach resortu polityki społecznej i nie powinny być finansowane w ramach stypendium szkolnego. Ok, mogę się z tym zgodzić, ale żelazne wytyczne, iż jedne halówki na semestr są w porządku, ale t-shirt już nie, wydają się co najmniej abstrakcyjne. Paranoją jest, że w ramach stypendium dziecko nie może kupić sobie tyle trampek, ile będzie potrzebowało, lecz tyle, ile mu umożliwiono nabyć. Jaką różnicą jest dla MEN-u para adidasów Jasia Kowalskiego w tą lub w tamtą? Sytuacje, w których dane jest mi analizować tego typu paranoje przyprawiają mnie o skok ciśnienia i niepohamowaną chęć wyrwania sobie wszystkich włosów z głowy. Tezę o wyspecjalizowaniu ekip rządzących w tworzeniu przepisów dalekich od rzeczywistości uważam za potwierdzoną.